
Tekst: Kolofon
Ta seria opisuje, jak Kolofon doszedł do dzisiejszego kształtu — od pierwszego wdrożenia, przez wszystkie decyzje, które okazały się trafne albo trzeba je było odkręcać, po kierunki, w które to idzie. Piszemy ją, bo architektura opisana dopiero na końcu zawsze wygląda na przemyślaną od początku. Nasza nie była.
Zaczęło się od trzech warunków, postawionych zanim powstała pierwsza linijka kodu. Pierwszy: adres należy do autora. Nie subdomena platformy, nie profil, nie konto, które ktoś może zawiesić. Własna domena, do której klucze ma jedna osoba.
Drugi: dane należą do autora. Teksty jako pliki w jego repozytorium, komentarze i oceny w jego bazie. Wywóz ma być kopiowaniem katalogu, nie prośbą o eksport skierowaną do działu wsparcia.
Trzeci, najbardziej praktyczny: zero kosztu stałego przy zerowym ruchu. Projekt literacki nie zarabia od pierwszego dnia, a często nie zarabia nigdy. Architektura, która wymaga płacenia miesięcznego abonamentu, żeby tekst w ogóle był dostępny, wywiera na autora presję, która nie ma nic wspólnego z pisaniem.
Te trzy warunki wyglądają na oczywiste, dopóki nie zauważy się, ile popularnych rozwiązań spełnia dwa z trzech. Platforma blogowa daje wygodę i zero kosztu, ale adres i dane są jej. Własny serwer daje kontrolę, ale kosztuje co miesiąc niezależnie od tego, czy ktokolwiek czyta. Generator stron statycznych daje jedno i drugie, ale nie ma bazy — więc nie ma komentarzy, ocen ani liczników.
Cała reszta tej serii to opis tego, co trzeba było zrobić, żeby mieć wszystkie trzy naraz.
Kolofon