Kolofon · 14 sierpnia 2026
0.9.3 — kanał i skład
07:02 — od zgłoszenia, że dialog w książce zlewa się w jeden blok

Tekst: Kolofon
Akapit w książce nie był akapitem. Generator wypisywał każdy do osobnej linii pliku wejściowego, a pojedynczy przełam linii nie kończy w Typście akapitu — kończy go dopiero pusty wiersz. Wszystkie akapity wpisu zlewały się w jeden blok tekstu. Błąd siedział tam od pierwszej złożonej książki i przetrwał kilkanaście tomów, bo w serwisie treść renderuje React i tam wygląda poprawnie. Zobaczył go dopiero czytelnik, który zjechał na koniec pobranego pliku.
Przy okazji dialog dostał własny skład. Kwestie idą z wcięciem wiszącym i odrobiną powietrza przed ciągiem i za nim, więc rozmowa odcina się od prozy. Rozpoznajemy ją po turach: potrzebne są co najmniej dwie różne nazwy mówiące i co najmniej jedna z nich wracająca. Sam dwukropek na początku akapitu to za mało — zdanie „Pytam: czy myślisz, że…” wygląda identycznie, a dialogiem nie jest. Narracja nie wraca do tej samej etykiety, rozmowa zawsze.
Pierwsze cztery słowa wpisu szły dotąd wersalikami. Na ekranie nic takiego nie ma — tam stoi inicjał, wcięty w kolumnę albo wystający ponad wiersz, zależnie od autora. Skład czyta teraz tę samą deklarację co strona i robi to samo. Typst nie oblewa liter, więc wcięcie powstaje tak jak oblewanie kadru: mierzymy wysokość trzech wierszy, skalujemy literę dokładnie do niej i połowieniem szukamy, ile słów zmieści się obok. Wiersz siatki ma narzuconą wysokość, żeby dalszy tekst wszedł równo w interlinię, bez dziury pod literą.
Plik niesie moment swojego powstania: na stronie tytułowej, w kolofonie, w metadanych i w nazwie pobieranego pliku. Bez tego czytelnik, który pobrał tom trzy razy, ma w katalogu trzy pliki o tej samej nazwie i nie wie, który jest z dzisiaj. Strefa czasowa idzie ze zmiennej środowiskowej CI instancji — silnik jej nie zna i znać nie powinien, a „05:20 UTC” na papierze wygląda jak awaria, nie jak wydanie.
Kanał RSS oddawał obrazek wyłącznie wpisom ze zdjęciem, i to jako goły załącznik bez deklarowanej długości — a ta jest w RSS 2.0 wymagana, więc część czytników taki załącznik po prostu odrzuca. Treść szła czystym tekstem, bez obrazu, więc czytnik musiał sam pobrać stronę; tam adres kadru jest względny i wyjęty z kontekstu strony nie prowadzi donikąd. W efekcie w czytniku stał znak błędu zamiast zdjęcia.
Teraz każdy wpis niesie obraz w trzech zapisach naraz — Media RSS, załącznik i treść — z adresem bezwzględnym i typem wziętym z rozszerzenia pliku. Miniaturą jest wariant OG, który ma KAŻDY wpis: zdjęciowy jako lekką kopię kadru, tekstowy jako wygenerowaną kartę z cytatem. Puste kafelki znikły razem ze znakami błędu.
Kanał oddawał też dwadzieścia najnowszych wpisów, czyli mniej więcej dwa tygodnie pisania — i tyle historii dostawał czytnik przy pierwszej synchronizacji, bo nie miał skąd wziąć więcej. Długość jest teraz parametrem adresu. Goły adres kanału zostaje przy dwudziestu specjalnie: pod nim siedzą automatyzacje dystrybucji, a nagłe cofnięcie się kanału o pół roku wstecz to ostatnia rzecz, jakiej się po nim spodziewają.
Do nagłówka i stopki wszedł widoczny odnośnik do kanału. Nie prowadzi wprost do pliku — otwiera podpowiedź z adresem do skopiowania i zdaniem o tym, po co to komu. Odnośnik prosto do XML-a wygląda dla niewtajemniczonego jak zepsuta strona i zniechęca zamiast zachęcać.
Kolofon