Instancja ma domenę, kanał, dwa serwisy społecznościowe, automatyczną dystrybucję i znaczniki źródła w odnośnikach. Ma też zero obserwujących w każdym z tych miejsc. Stan na dziś wygląda tak. Instancja literacka ma własną domenę, dziewięćdziesiąt kilka opublikowanych tekstów, kanał z pełną treścią, aplikację działającą bez sieci, dwa konta w serwisach społecznościowych, automatyczną dystrybucję wypuszczającą jeden wpis co sześć godzin i znaczniki źródła w odnośnikach, dzięki którym dziennik zdarzeń wie, z którego posta przyszedł czytelnik. Ma też zero obserwujących na jednym serwisie i zero na drugim. Posty mają po kilka wyświetleń, z czego część to autor sprawdzający, czy wyszły. Warto to zapisać dokładnie w tym momencie, bo za pół roku pamięta się już tylko to, co zadziałało. Rura jest gotowa, zanim popłynęła przez nią choćby jedna osoba — i to nie jest zaniedbanie, tylko konsekwencja pewnej decyzji: skoro i tak trzeba było ją zbudować, lepiej mieć ją sprawną, zanim pojawi się ruch, niż naprawiać ją przy ludziach. Kosztem tego jest złudzenie postępu. Każde ulepszenie dystrybucji wygląda i czuje się jak praca nad zasięgiem, a nią nie jest. Przez tydzień można poprawiać opis w kanale, wyrównywać ikony i stemplować odnośniki, mieć wieczorem poczucie zrobionej roboty i nie zbliżyć się ani o krok do pierwszego czytelnika. Rura nie tworzy wody. Druga rzecz wynika z anonimowości i jest twardsza. Projekt pod pseudonimem nie ma dostępu do żadnej naturalnej dystrybucji: nie da się użyć własnych znajomych, prywatnych kont ani zawodowej sieci kontakt