Kolofon nie powstał jako produkt. Powstał, bo jeden serwis literacki urósł na tyle, że jego kod przestał być kodem tej jednej strony. Były w nim rzeczy, które nie miały nic wspólnego z żadną konkretną prozą: podział na serie, publikacja z wyprzedzeniem, tryb offline, powiadomienia, karty do udostępniania, oceny czytelników. Rusztowanie, nie budynek.
Rozdzielenie zajęło kilka dni i sprowadzało się do jednego pytania zadanego przy każdym pliku: czy ten kod wie, jak nazywa się serwis, dla którego go napisano. Jeśli wiedział — trzeba było go nauczyć, żeby przestał. Silnik nie ma prawa znać nazwy serii, pseudonimu autora ani koloru tła. Wszystko to dostaje jako dane, przez wąską i policzalną granicę.
Efekt jest taki, że nowa instancja to podmiana katalogu z treścią i jednego pliku konfiguracyjnego. Strona, którą właśnie czytasz, powstała dokładnie tak — i jest pierwszym testem tego, czy rozdzielenie było prawdziwe, czy tylko deklarowane. Gdyby gdzieś została zaszyta stara marka, zobaczyłbyś ją tutaj.
Z tego wynika jedno ograniczenie, o którym wolimy mówić od razu: to nie jest jeszcze narzędzie samoobsługowe. Nie ma panelu, w którym klikasz „nowy wpis”. Wpisy są plikami, a instancja powstaje w rozmowie. Można to nazwać wadą i słusznie — ale pierwsze wdrożenia mają nas czegoś nauczyć, a formularz rejestracji nie uczy niczego.
Druga rzecz, mniej oczywista: silnik jest celowo mały. Nie ma edytora WYSIWYG, systemu wtyczek ani sklepu z motywami. Każda z tych rzeczy to obietnica, że będzie się ją utrzymywać przez lata. Wolimy mniej obietnic i taki zestaw funkcji, który da się wytłumaczyć w jednym akapicie.
Co dalej — zobaczymy po pierwszych instancjach, które nie są nasze. Do tego czasu wszystko, co tu napiszemy, jest hipotezą.
Kolofon